Marzenie spełnione – lodowce, zorza i spaghetti pod gwiazdami
Od lat chodziło mi po głowie jedno marzenie fotograficzne: plener ślubny na Islandii. Wyobrażałem sobie parę młodą na tle lodowców mieniących się błękitem, czarnych plaż z bazaltowymi kolumnami i zielonych smug zorzy polarnej tańczących nad oceanem. To nie była zwykła sesja – to miała być epicka historia. I nagle, jednym telefonem, wszystko stało się rzeczywistością. W zaledwie 48 godzin od pomysłu do lądowania na wyspie lodu i ognia.

Telefon, który zmienił wszystko
Była środa wieczór. Wracam samochodem z pleneru ślubnego w Żywcu, zmęczony, ale z uśmiechem na twarzy. Dzwoni telefon. Ksenia, panna młoda, którą niedawno fotografowałem.
„Słuchaj, co robisz w piątek? Jesteś wolny na kilka dni?”
„A o co chodzi?” – pytam, czując, że to nie będzie zwykła rozmowa.
„No wiesz… wymyśliliśmy z Michałem plener. Na Islandii.”
Serce stanęło. Islandia? Za dwa dni? Wiedziałem, że jutro mam ślub i wrócę nad ranem, że nie zdążę się nawet spakować porządnie. Ale jak odmówić? „Jestem na TAK!” – rzuciłem bez wahania.
Ksenia była w szóstym miesiącu ciąży. „Wszystko ogarnęłam – plan podróży, lekarz dał zielone światło. Lecimy! Wezmę jeszcze brata” – powiedziała z taką pewnością, że moje obawy poszły w zapomnienie. We czwórkę – mała, zgrana ekipa – ruszyliśmy w nieznane. Czwartek: ślub do rana. Piątek, 8:00: droga do Gdańska. Popołudnie: lądowanie w Reykjaviku. Szaleństwo? Tak. Ale jakie piękne.

Pierwszy dzień: Reykjavik i magia Złotego Kręgu
Pierwszą noc zamieszkaliśmy w małym mieszkanku w Reykjaviku. Stolica Islandii to nie jest zbyt duże miasto – to urocze miasteczko z kolorowymi domkami, które wieczorem pachnie oceanem i gorącymi źródłami. Idealne miejsce, żeby złapać oddech po locie i poczuć, że jesteśmy w innym świecie. Po krótkich przygotowaniach w mieszkaniu, perfekcyjnie wykonanym makijażu ślubnym, poprawkach w kamperze oraz ogarnięciu mapy ruszyliśmy na początek w miasto.
Następnie wyrusziliśmy w trasę Złotego Kręgu – klasykę, ale taką, która nigdy się nie nudzi. Pierwszy przystanek: Þingvellir. Stoisz tam w szczelinie między płytami tektonicznymi Europy i Ameryki Północnej. Czujesz pod stopami ziemię, która się rozsuwa. Historycznie to miejsce pierwszego parlamentu świata – Althing z 930 roku. Surowe skały, czysta woda w szczelinie Silfra… Ksenia i Michał stanęli tam objęci, a ja wiedziałem, że to będzie ikoniczny kadr.
Potem Gullfoss, Złoty Wodospad. Dwie potężne kaskady spadają w kanion z hukiem, który czujesz w klatce piersiowej. Podeszliśmy blisko – za blisko. Mgła z wodospadu zmoczyła nas prawie do suchej nitki. Ksenia śmiała się, Michał przeczesywał mokre włosy, a mój Canon… cóż, obiektyw ociekał wodą, ale uszczelniony korpus nie zawiódł. „Dobra robota, Canonie!” – pomyślałem, widząc tęczę w mgle nad ich sylwetkami. To był test sprzętu i emocji – i oba zdały na szóstkę.
Po drodze islandzka rzeczywistość: stado owiec zablokowało szosę (one mają tu pierwszeństwo!). Owce islandzkie to potomkowie zwierząt sprowadzonych przez Wikingów ponad 1000 lat temu – jedna z najbardziej czystych ras na świecie, bo od wieków nie krzyżowano ich z innymi. Latem wypasają się swobodnie po całej wyspie, wędrują gdzie chcą, a jesienią farmerzy organizują wielkie „réttir” – zbiórkę owiec z gór. Dla Was to urocza przeszkoda na drodze i okazja do spontanicznej sesji ze zwierzętami, dla mnie – kolejne unikalne kadry z pleneru ślubnego na Islandii.

Dzień drugi i trzeci: Kamper, wodospady i noc życia
Wynajęliśmy Dodge’a Ram 1500 z pełnym kamperem – kuchnia, łóżka dla czwórki, wolność. To nie był transport. To był dom na kołach, który pozwolił nam gonić światło i przygody.
To auto to potwór, to amerykański pickup, który na Islandii sprawdza się idealnie – wysoki prześwit pozwala pokonywać szutrowe F-roads, a przestronna kabina pomieściła nas czwórkę wraz z całym sprzętem fotograficznym. Zabudowa kamperowa na pace to islandzka specjalność – śpicie dosłownie pod gwiazdami, ale w komfortowych warunkach.
Dettifoss – największy wodospad Europy pod względem siły wody. Stoisz naprzeciwko i czujesz drżenie ziemi. Mgła unosi się jak dym bitewny, a para młoda wyglądała na tle tej potęgi jak herosi z sagi.
Ale prawdziwa magia zaczęła się na Diamond Beach przy Jökulsárlón. Zaparkowaliśmy kampera na plaży lodowcowej. Ksenia i Michał wyciągnęli składniki, a kuchnia kampera wypełniła się zapachem spaghetti. Siedzieliśmy we czwórkę przy małym stole, jedząc makaron z sosem pod gwiazdami, śmiejąc się z mokrych ubrań i planując zdjęcia. To był taki prosty, ludzki moment – spaghetti z paczki, ale smakował jak uczta pod lodowcem.
Noc była czysta jak kryształ. Najpierw Droga Mleczna – ustawiłem aparat na ISO 2000, f/2.8, 30 sekund naświetlania. Statyw? Nie zmieścił się do plecaka. Aparat leżał na kamieniach, stabilizowany kurtką i kamieniami – improwizacja na islandzką modłę. Na niebie miliardy gwiazd układających się w mlecznobiały pas galaktyki. A potem… zorza polarna. Zielone, fioletowe smugi zaczęły tańczyć nad laguną lodowcową. Aparat wciąż na kamieniach, ja leżący obok, ustawiający kompozycję milimetr po milimetrze. To nie były zdjęcia – to była historia zapisana światłem, zrodzona z kompromisu między marzeniem a rzeczywistością plecaka.

Zorza polarna powstaje, gdy cząsteczki słoneczne zderzają się z gazami w atmosferze Ziemi – ale ta sucha definicja nie oddaje magii momentu. To, co widzieliśmy nad Diamond Beach, było jak żywy organizm – smugi światła falowały, zmieniały kolory z zielonego na fioletowy, tworzyły spirale i łuki. Na zdjęciach zorza wygląda statycznie, ale w rzeczywistości to nieustanny ruch, taniec światła trwający godzinami. Temperatura była blisko zera, ale nikt nie myślał o zimnie. Staliśmy z zadartymi głowami, obserwując jedno z najpiękniejszych zjawisk natury, jakie można zobaczyć na Ziemi.

Z rana zrobiliśmy sesję na Diamond Beach – lodowcowej plaży Jökulsárlón, gdzie bryły lodu z pobliskiego lodowca wypływają do oceanu i wyrzucane są z powrotem na czarny piasek. Stąd nazwa – lód lśni jak diamenty na ciemnym tle. Ksenia w białej, zwiewnej sukni na tle turkusowych gór lodowych, welon rozwiewany wiatrem, Michał w eleganckim granatowym garniturze stojący na bazaltowym piasku. Każda bryła lodu jest inna – niektóre przezroczyste jak szkło, inne mlecznoniebieskie, jeszcze inne z pęknięciami i kryształowymi strukturami. To jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc na Islandii i zrozumiecie dlaczego, gdy zobaczycie te kadry.
Islandzkie krajobrazy to połączenie surowych skal, rozległych równin i dramatycznych formacji skalnych. Te zdjęcia pochodzą z różnych punktów naszej trasy – jedno z nich pokazuje drogę przecinającą pustkowia pod warstwowymi klifami, drugie kanion z jesiennymi barwami wtle. Charakterystyczne dla Islandii białe domki samotnie stojące pośród bezludnych terenów – to farmy, które przetrwały setki lat islandzkiej zimy. Drogi tutaj są idealne do zdjęć – proste jak strzała, Ring Road ciągnie się kilometrami bez żadnego zakrętu, z horyzontem giętym krzywizną Ziemi.
Podczas sesji na Diamentowej plaży przy oceanie wypłynęła foka, która jakby chciała powiedzieć „witajcie w moim domu”. Spotkaliśmy ją pomiędzy lodowymi skałami – delikatnie wynurzała głowę nad falami, patrzyła na nas z typową dla fok ciekawością, jakby oceniała, czy jesteśmy godni jej uwagi. Przez kilka minut towarzyszyła nam w wodzie, nurkując i wypływając w różnych miejscach. Foki w islandzkich wodach to codzienny widok dla miejscowych, ale dla nas – magiczny moment spotkania z dziką przyrodą, który udało mi się uchwycić na zdjęciach.

Przy jednym z przystanków zobaczyliśmy norkę – małego drapieżnika przemykającego między kamieniami na zboczu. Norki amerykańskie zostały sprowadzone na Islandię w latach 30. XX wieku do hodowli futrzarskich, ale część uciekła i zadomowiła się na wolności. Dziś żyją tutaj całkiem licznie, polując na ryby i ptaki przy wybrzeżach. Ta stała na chwilę, obserwowała nas z bezpiecznej odległości, po czym zniknęła między skałami. Kolejne spontaniczne spotkanie z islandzką dziką przyrodą – takich momentów nie da się zaplanować.

Czarne plaże i trolle Reynisfjary
Reynisfjara Beach to coś, co każdy fotograf musi zobaczyć. Czarny bazaltowy piasek – efekt wulkanicznej aktywności – kontrastuje z białą pianą fal i bazaltowymi kolumnami Reynisdrangar. Legenda mówi, że to trolle-rybacy, którzy spóźnili się przed świtem i skamieniały w promieniach słońca. Stałem tam z aparatem, czując potęgę Atlantyku i wiatr, który chciał wyrwać statyw z rąk. Fale tu zdradliwe – sneaker waves potrafią porwać człowieka w sekundę – ale kadry z parą na tle tych „trolli” wyszły nie z tego świata.




Na koniec dotarliśmy do Blue Lagoon – słynnych geotermalnych źródeł położonych na polu lawowym. Mlecznobłękitna woda, bogata w minerały, otoczona czarnymi skałami bazaltowymi. Para unosi się nad taflą wody, tworząc mglistą atmosferę. Tego wieczoru niebo było różowe – zachód słońca malował całą scenę w pastelowych barwach. Ksenia i Michał na tle tej surrealistycznej kompozycji: turkusowa woda, czarne skały, różowe niebo. To było idealne zamknięcie trzech szalonych dni na Islandii. Blue Lagoon to jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc na wyspie – i mimo turystycznego charakteru, o zachodzie słońca ma w sobie coś magicznego.


To nie sesja dla każdego. Ale jeśli kochacie przygody, nieoczywiste tła zamiast parków, wyzwania pogodowe i zdjęcia, których nikt inny nie ma – Islandia jest dla Was.
Ksenia była w ciąży, brat Kseni dołączył spontanicznie, a ja wracałem z wesela nad ranem. Nie jesteśmy ekstremalnymi podróżnikami. Jesteśmy ludźmi z odwagą i pasją. Taka formuła – we czwórkę, z wsparciem rodziny – daje naturalne emocje i piękne interakcje.
Kiedy jechać? Wrzesień to złoty środek
Polecieliśmy we wrześniu: dni jeszcze długie, szansa na zorzę rośnie, tłumy mniejsze niż latem. Islandzka pogoda? Nigdy przewidywalna, ale to jej urok.
Lato daje midnight sun, ale brak zorzy.
Zima – lodowe jaskinie i topową aurorę, ale krótkie dni. Wiosna budzi naturę, jesień maluje kolory.
Sprawdzajcie My Aurora Forecast i pakujcie warstwy ubrań.
Pogoda? Deszcz, słońce, wiatr – wszystko się zmienia w kilka minut. Islandia uczy pokory. Rano budzicie się w kamperze, za oknem leje jak z cebra, myślicie „no to koniec sesji dzisiaj”. Kawa, śniadanie, patrzymy w szare niebo. Nagle – jeden promień słońca, potem kolejny, za chwilę niebo jest błękitne jakby nigdy nic. Te dwa poniższe zdjęcia to kilka minut różnicy. Dlatego na Islandii trzeba być cierpliwym, elastycznym i mieć warstwowe ubrania zawsze pod ręką.


Jak to ogarnąć? Nasze lekcje z pola
Transport: Lot z Gdańska/Warszawy (4–5h, 500–800 zł/os.). Kamper Dodge Ram – 150–250 €/dzień. Ring Road nr 1 + szutrowe F-roads.
Jedzenie: Islandia droga (obiad 20–40 €). Kupujcie w Bonus/Krónan, gotujcie sami. Kranówka pitna i pyszna.
Ubrania: Warstwowo. Ksenia miała lekką suknię + szal, Michał garnitur z termobielizną, wszyscy buty wodoodporne.
Sprzęt: Uszczelnione Canony (Gullfoss to przetestował), 16–35mm/70–200mm, statyw, filtry ND, powerbanki. Zimno zabija baterie.
Zaufanie: Ja prowadzę światło i kompozycję, Wy dajecie emocje. Dostosowywałem tempo do ciąży Kseni – lepiej mniej, ale świetnych kadrów.
Dlaczego warto? Bo to więcej niż zdjęcia
Islandia dała nam unikalne tła: lodowce, trolle, zorzę. Ale najważniejsze? Wspomnienia. „Pamiętasz spaghetti pod lodowcem?”, „Mokrzy pod Gullfoss?”, „Zorza nad głowami?”.
To nie sesja. To przygoda, która zbliża. Koszty? Na 4 osoby, 3–4 dni: 2000–3000 zł/os. all-inclusive. Moja usługa destination session – do uzgodnienia. Wartość? Nieporównywalna.



Mapa marzeń: gdzie jeszcze pojedziemy
Islandia to nieskończoność:
- Stuðlagil: turkusowa rzeka w bazaltowych kolumnach
- Stokksnes: Góry Batmana (Vestrahorn)
- Wrak DC-3: surrealistyczny marsz po szutrze
- Fjaðrárgljúfur: kanion z fantasy
- Landmannalaugar: riolitowe góry i źródła
- Skógafoss/Seljalandsfoss/Kirkjufell – klasyki fotografa
Chcę wrócić. Islandia wciąga jak wulkaniczna lawa.
Jeśli czytając to czujecie dreszcze – to znak. Nie czekajcie na „lepszy moment”. Jeden telefon Kseni zmienił wszystko. Zaufajcie – stworzymy Waszą islandzką sagę.
Islandzkie wulkany to jedne z najbardziej charakterystycznych elementów krajobrazu wyspy. Ta ośnieżona czapa górska to stratowulkan – stożkowata góra zbudowana z warstw zastygłej lawy i popiołu z kolejnych erupcji przez tysiące lat. Lodowiec na szczycie kontrastuje z ciemnymi, bazaltowymi stokami – to dosłowne połączenie ognia i lodu, które definiuje całą Islandię.
Prawdopodobnie to Hekla – jeden z najbardziej aktywnych wulkanów na wyspie, który wybuchał ponad 20 razy w ciągu ostatnich 1100 lat. W średniowieczu Europejczycy nazywali ją „Bramą do Piekła” ze względu na częste i gwałtowne erupcje. Ostatnia miała miejsce w 2000 roku, ale Hekla jest ciągle monitorowana przez geologów – może wybuchnąć praktycznie bez ostrzeżenia.
Widok takiej góry z drogi to reminder, że jedziecie po jednym z najbardziej geologicznie żywych miejsc na Ziemi. Islandia ma ponad 30 aktywnych systemów wulkanicznych, a pod całą wyspą bulgocze magma. To nie są martwe pomniki przeszłości – to żywe, oddychające góry, które kształtują krajobraz dosłownie na naszych oczach. Gdy stoisz przed takim widokiem, czujesz pokórę wobec sił natury.

Skontaktuj się ze mną
Marzycie o plenerze ślubnym na Islandii lub innym wyjątkowym miejscu? Szukacie fotografa, który podejdzie do Waszego dnia z zaangażowaniem, profesjonalizmem i prawdziwą pasją?. Umówmy się na rozmowę – online lub osobiście w Bytomiu. Opowiem Wam więcej o destination sessions, pokażę pełne portfolio z Islandii i innych sesji wyjazdowych, omówimy Wasze pomysły i możliwości.
Nie tylko Islandia
Choć ten wpis opowiada o Islandii, jestem otwarty na każde Wasze marzenie fotograficzne:
- Góry (Tatry, Alpy, Dolomity, Szkocja)
- Morze (Włochy, Grecja, Chorwacja, norweskie fiordy)
- Egzotyka (Bali, Zanzibar, Maroko, Filipiny)
- Miasta (Paryż, Barcelona, Praga, Lizbona)
- Polska (Bieszczady, Mazury, Roztocze, Karkonosze)
Jestem fotografem ze śląska, ale Wasze marzenia nie mają granic – i moje aparaty również.
Fotograf Ślubny na zagraniczny Plener Ślubny
📞 Telefon: +48 607 273 532
📧 Email: fotograf@przemyslawszklarski.pl
🌐 Strona: www.przemyslawszklarski.pl
📱 Instagram: @fotografprzemyslawszklarski
👍 Facebook: Fotograf Przemysław Szklarski
Wolne terminy 2025/2026
Zagrniaczne plenery ślubne wymagają planowania z wyprzedzeniem (choć historia Kseni i Michała pokazuje, że zawsze można znaleźć okienko!).
Sprawdźcie dostępność terminów i zarezerwujcie swój wymarzone miejsce w kalendarzu.
Nie odkładajcie marzeń na później. Zróbcie pierwszy krok – napiszcie do mnie już dzisiaj.


























































